Archiwa kategorii: Książki

c04ac32c237e1706349f395e639170f9

„W Paryżu dzieci nie grymaszą”… a w Polsce?

c04ac32c237e1706349f395e639170f9Kolejna książka – poradnik, która wpadła mi w ręce w Empiku. Podziwiam styl Francuzek więc, choć sam kraj ( a zwłaszcza Paryż)  darzę mniejszym uwielbieniem, z ciekawości sięgnęłam i po tę pozycję.

Nie jest tak, że znam się na wszystkim. O większości rzeczy związanych z dziećmi powyżej miesiąca życia, problemami ginekologicznymi kobiet, czy choćby z samą ciążą, wiem stosunkowo sporo, lecz nie na tyle by czuć się ekspertem.

Pewna masowa propozycja, wpadła mi w ręce całkiem niedawno. Autor – dziennikarka. A więc znów mały konflikt na starcie. Bo wydaje mi się, że doradzać w kwestiach fizjologii (nawet
w oparciu o badania) nie każdy może. Ale nic to. Książka cieszy się i tak dużą popularnością.
Przeczytałam na razie kilka rozdziałów do których chcę się odnieść.

Na pierwszych stronach jest trochę faktów o różnicach w przeżywaniu ciąży pomiędzy amerykańskimi a francuskimi mamami. I tu styl amerykański, jest chyba nam Polkom zdecydowanie bliższy. A więc My i Amerykanki, przejmujemy się, dmuchamy, chuchamy
i unikamy. Podczas kiedy Francuski, dbają aby zbyt dużo nie przytyć i nie dopuszczają by stan ciąży wpłynął znacząco na jakość ich życia.

Kolejne rozdziały oprócz naniesienia różnic, dają już konkretne rady jak postępować
z maluchami by spały, jadły i zachowywały się français” .

Nakłaniają by uczyć kilkutygodniowe (a najlepiej jeszcze kilkudniowe), noworodki w oparciu
o ich obserwację – rytmu snu (?) czyli przesypiania całych nocy. I powtarzają, że nie ma to związku z karmieniem.
A gdzie zachowanie ciągłości laktacji, dbanie o właściwą wagę noworodka? O tym cisza. Przestrzegają przed natychmiastową reakcją na płacz dziecka. Tu się zgodzę tylko w jednym wypadku – sytuacji gdy noworodek zakwili przez sen. Inaczej uważam, reagować należy zawsze, a nie przeczekiwać. Zwłaszcza w nocy. Mnie to wygląda „na zimny chów” i od razu przypominają mi się niezliczone noce pełne czuwania nad świeżo urodzonymi noworodkami. Przeczekać płaczu się nie dało. Zawsze był to komunikat: „jeść,” „boli”, „mokro”, „zimno”, „przytul mnie”. Zawsze trzeba było podejść  i zadziałać. I nie co 3 godziny, nie nawet co godzinę, ale znacznie częściej. U nas nikt nie „przeczekiwał”, a przecież my nie matki, tylko zwykły personel, który już mógł mieć dość. Ale mimo wszystko reagował zawsze i odkrywał te potrzeby z dużą uwagą. Zgodzę się jednak co do jednego.
Płacz na samym początku, to cudowna oznaka sił witalnych i dobrostanu. I fakt, że noworodek przez pierwsze godziny życia głośno krzyczy, to tylko powód do radości (rozpręża też w ten sposób swoje płuca). Nie ma więc co go usilnie uciszać, lulać i koić tych żali, ale pozwolić się „wyskarżyć”. Choć oczywiście można do niego mówić, przywitać się z nim, opowiedzieć o swoim oczekiwaniu i radości z tego, że jest już na świecie.  Również kiedy maluch jest przewinięty
i najedzony ( nie tylko w naszym pobieżnym osądzie) a zaczyna kwilić między karmieniami, nie ma potrzeby od razu brać go na ręce. Ale w większości przypadków pragnie on jednak  tej bliskości.

Inną rzeczą jest medykalizacja porodu. Blisko 98% kobiet poddaje się we Francji znieczuleniu zewnątrzoponowemu (a uważa się, że w tych 2% rolę odegrało zbyt duże zaawansowanie porodowe, by bezpiecznie podać znieczulenie). Czy to wciąż poród naturalny? Poczytajcie co
o znieczuleniach mówią doświadczone położne. Jak to wpływa na przebieg porodu i stan dziecka…? Nie wiem skąd badania, że żadnego wpływu nie ma. Pozycja porodowa aprobowana przez francuskich lekarzy (tu podobnie jak w większości polskich oddziałów) – leżąca.
Bo rzekomo łatwiej w razie powikłań o skuteczne działanie. Kolejna dla mnie niezrozumiała rzecz.

Za to podobają mi się francuskie pomysły na „otwieranie oczu” dzieciom, czyli uwrażliwianie ich na różne bodźce, tak aby czerpały z tego radość i uczyły się otaczającego je świata. Nie są skomplikowane, wystarczy bowiem dziecko nauczyć obserwacji chociażby chmur… wdychania zapachu obiadu… słuchania śpiewu ptaków. Buduje się w ten sposób od pierwszych miesięcy motywację dziecka do życia, której uczy się na zawsze.

I ta „nieprzymusowość” również pozyskała moją aprobatę. Przyznam, że sama uległam pokusie książeczek dla noworodków i już myślę o zajęciach pływania dla kilkumiesięcznych maluchów. Lecz uświadomiłam sobie, że to wszystko ma sens tylko wtedy, jeśli chcę dziecko oswoić
z takimi bodźcami a nie nakierunkować na odnoszenie sukcesów.

Fantastycznie, że książka zwraca uwagę na „ludzkie” traktowanie noworodków. Czyli mówienie do nich tak jakby rozumiały nasze słowa. Opisywanie im otaczającej rzeczywistości, informowanie o tym co za chwilę będziemy robić np. „teraz zmienię Ci pieluszkę” i wreszcie mówienie do dziecka po to aby rozpoznać jego potrzeby.
Wielokrotnie uspokajałam noworodki  na swoich rękach czy podchodząc do wózeczka – tylko samym swoim głosem. Cierpliwie i powoli do nich przemawiając, patrząc im w oczy. Mamy twierdziły, że potrafię „zaczarować” dziecko.
A ja jedynie robiłam to co podpowiadał mi instynkt. Nie miałam pojęcia jak terapeutyczne
i rozwojowe jest to zachowanie a także, że ktoś już o tym pisał.
Zachęcam więc do kontaktu ze swoimi maluchami od pierwszych chwil. Do pokazywania mu świata, tłumaczenia tego w czym za chwilę będzie miało swój udział.
Kiedy moja mała przyjdzie na świat, chcę jej wszystkich z mojej pracy przedstawić. Chcę się przywitać z nią i powiedzieć jej, że choć jakiś czas czekaliśmy na chłopca, witamy ją z wielkim szczęściem i radością. A kiedy przyjedziemy do domu oprowadzę ją po naszym mieszkanku jak największego Gościa :) DSC_0777

mockup_polozna

„Położna. 3550 cudów narodzin”

Wpadła mi w ręce w Empiku, w dziale „Poradniki” gdzie szukałam stosownych poradników dla siebie jako przyszłego rodzica. Leżała na samym początku, albo końcu w zależności od punktu widzenia. Ostatnia. Pięknie wydana. Na zdjęciu urocza kobieta trzymająca w zadbanych dłoniach, maleństwo. Pomyślałam sobie: trzyma w nich dziewczynkę – taką jak moja przyszła córka. Maleńką. Ciemny łepek włosków. Na odwrocie książki przeczytałam kilka sympatycznych recenzji.

- Jak mogę jej nie znać? – zapytałam w myślach samą siebie.
- Powinnam przeczytać, choćby po to by móc się na jej temat wypowiedzieć – doszłam do wniosku.
I tego dnia zabrałam książkę ze sobą. Zaczęłam czytać jeszcze w autobusie. W połowie drogi straciłam orientację gdzie jestem. Wciągnęła mnie. Opisywała tak bliskie mi odczucia. Wywoływała uśmiech, zainteresowanie, wzruszenie. Wciągnęła mnie jak nigdy wcześniej żadna inna. Napisana pięknym językiem, z prostotą, lekkością. Zazdroszczę. Ale przede wszystkim wcale nie lukrowana, bardzo prawdziwa. Mądra i odkrywcza. Nie ma w niej miejsca na przesadę czy zbytnią adorację swojej osoby, jeśli już to adorację pracy położnej, a ta na to niewątpliwie zasługuje.
Cudowna – bo o mojej pracy.

W domu czytałam i czytałam, aż zastała mnie pora spania, a mój mąż zdążył w tym czasie obejrzeć dwa filmy. Masował mnie po obolałym kręgosłupie, a ja co rusz przerywałam mu film żeby podzielić się jakąś refleksją.

Dużo tych refleksji. Wspaniale było móc przeczytać opowieść także o tym jak było kiedyś. Kiedy sama się rodziłam. Wspaniale,  bo zdobywałam arsenał wiedzy ale i przerażająco.  Przeżycia kobiet  z tamtych lat bywają traumatyczne. Obchodzono się z nimi bardzo okrutnie. Niegodnie. Mogę jedynie mieć nadzieję, że nie ma już miejsc w których wygląda to wciąż podobnie.

Jedno tylko zmieniło się na gorsze – wzajemne poszanowanie wśród współpracowników. Taka zwykła koleżeńska uprzejmość. Autorka opowiada jak po swoim porodzie, sama w pierwszej kolejności przed innymi pacjentkami, została przewieziona z korytarza na salę, co wywołało ich nagłe, ale niezbyt długo trwające oburzenie. Koleżanka zareagowała szybko i dobitnie, tak aby zrozumiały, że uczyniła tak ze względu swoją ciężko pracującą na tym oddziale współpracownicę, której należy się to miejsce i pierwszeństwo. Ucięła w ten sposób sypiące się obelgi. Obecnie choć oczywiście swój oddział traktuje się jak rodzinę, poza nim nie mamy co liczyć na jakieś ulgi, dobre traktowanie czy większą dozę życzliwości.

Pamiętam oburzenie jednej z kobiet, gdy przyjęto mnie na izbę przyjęć swojego oddziału przed jej kolejnością i moje uczucia, gdy bojąc się, że jest coś nie w porządku, marzyłam by jak najszybciej znaleźć się pod opieką, a jednocześnie tak bardzo było mi wstyd, że zostałam poproszona przed nią.

 

„(…)Żałuję, że nie przeczytałam jej wcześniej „- komentuje na okładce jedna z recenzentek. Ja też żałuję.

mockup_polozna